Wednesday, February 13, 2013

First birthday party, Pierwsze urodziny

Grey river dolphins
      Manaus,miasto wyrastające w samym sercu amazonii z pięknymi hiszpańskimi budowlami w pastelowych kolorach i straganami rozesłanymi wzdłuż każdej ulicy, niczym nasze jarmarki,  jednakże tutaj to codzieny widok. Nigdy do tej pory nie widziałam tyle sprzedawanych śmieci co drugi sklep oferowa "plastik party" czyli wszelakie gadżety, plus  tony chipsów i średniej jakości czekoladek Nestle. Zatrzymaliśmy się w całkiem przytulnym hostelu z dużą kuchnią do dyspozycji i jadalnią, tarasem na poddaszu z widokiem na całe miasto. Przed nami siedmio dniowa przeprawa rzeką więc zaopatrzyliśmy się w suchy prowiant, puchy oraz owoce i warzywa, które da się schrupać bez gotowania. Ralf pojechał kilka godzin wcześniej by zająć dobre miejsca na hamaki, a my z naszymi plecakami ,kartonem zielonki i dużą torbą jedzenia czekaliśmy na vana który w cenie biletu odbierał ludzi z hostelu. Razem z nami czekała ekipa podążająca w przeciwną stronę, bardziej oblegana trasa do Santarem. Przewożnik się spóżniał, dla nas nie była to katastrofa  gdyż do portu mieliśmy 10 min jazdy taksówką a hamaki już rozwieszone, lecz dla naszych towarzyszy oznaczało to hardkorowe warunki podróży. Rozklekotany "ogórek" prowadzony przez bardzo miłego pana i towarzyszący mu "bizmesmen"z komórką zjawili się półtorej godziny póżniej niż zapowiadali. Korek przed przystanią  pózniej ulokowanie załogi do Santarem (parter przy silniku więc bardzo relaksująco zapowiadająca  się podróż, osobiście wolę przy barze z brazylijskim disco gdyż na noc muzyka ucichała a okręt płynął dalej ).Przejechaliśmy może dwa metry i pan pożądny stwierdził iż jest za tłocznie i lepiej żebyśmy poszli piechotą a mieliśmy jeszcze spory kawałek marszu. Ruszyłam przodem by wymienić Ralfa, który miał pomóc Tomkowi z resztą naszego ekwipunku.Na pokładzie Vojager4, zostałam mile przywitana przez pana Jose, po angielsku tłumaczącego mi zasady bezpieczeństwa i program podróży,  więc zanim przebrnęłam przez sprawdzanie paszportów, specjalne opaski i setki pytań ...tragaż był już za moimi plecami. Załoga bardzo kameralna, dół statku załadowany towarem do handlu w małych portach, wzdłuż Amazonki. Kamery,pożądne prysznice,pralnia i kuchenka turystyczna do dyspozycji. Jedyne co nas zmartwiło to brudna podłoga więc ruszyliśmy na mały tour w poszukiwaniu skrawka do dyspozycji naszego Bobasa! Na górze   przy barze jeszcze gorzej,podłogę nasmarowali czarnym smarem który w połączeniu z deszczem stworzył prawdziwą ślizgawkę.Schodziliśmy po stromych stopniach w dół gdy Tomek zwrócił mi na to uwagę i po chwili zjechałam w dół, Misia trzymałam na biodrach i instynktownie przed upadkiem unisłam go do góry przyciskając by nie wypadł. Płacz i  tłum ludzi dookoła , jeden z mężczyzn wskazał na nóżkę która była za moimi plecami i uderzył nią o schody. Usiedliśmy na hamaku i rozpoczęliśmy oględziny. Misio nie reagowałna na zginanie, jedynie gdy przesuwaliśmy nogę na boki i na dotyk w podudziu, więc wydawałpo nam się, że jest po prostu zbita. W nocy trzymałam go na kolanach, przyciskając ręką za kostkę unieruchamiając w ten sposób, gdyż budził się z płaczem z każdą próbą przekręcenia się na bok (zazwyczaj w nocy wędruje i kręci się ) Rankiem okazało się,że noga spuchła, miałam złe uczucie, chciałam wierzyć iż nie jest tak żle jak to wyglądało. Tomek odnalazł Jose, który zjawił się z okrętową pielęgniarką(pani również dowodziła handlem załadunku i sprzedawała pirackie płyty DVD) Jedyne co nam mogła zaoferować to panadol i maść na opuchliznę , dowiedzieliśmy się również , że do najbliższego szpitala mamy trzy dni rejsu. Zrobiliśmy Elfikowi królewskie posłanie i całymi dniami siedzieliśmy w hamaku trzymając go na kolanach, przemieszczając tak rzadko I delikatnie jak to tylko możliwe. Na pokładzie było tyle dzieci co dorosłych więc co jakiś czas ktoś nam dotrzymywał towarzystwa. Misio z każdym dniem był coraz spokojniejszy , bardziej ruchliwy tylko ta nieszczęsna noga pozostawała "odłączona".Mijaliśmy cudownie bajeczne miejsca we wszystkich odcieniach zieleni, dzikie przestrzenie a kolor nieba odbijający się w falach rzeki która tak pełna życia  wyglądała jak gęsta srebrna ciecz. Zatrzymujemy się  a  delfiny witają nas radośnie i w całym tym zamieszaniu obserwuję je ze łzami w oczach z radości, co by nie było jesteśmy szczęściarzami. Z rana pyszne śniadanko przygotowane przez chłopaków (płatki owsiane z mango,orzechami brazylijskimi, siemiem lnianym, chia, tahini i miodkiem) do tego kawa z pokładowej kuchni(bardziej jak kawa na mleku z cukrem, którą nam mama robiła na śniadanie jak byliśmy mali. Zacumowaliśmy do portu a pielęgniarka poinformowała nas iż musimy skorzystać z "motor taxi" by dotrzeć do szpitala, broniłam się jak mogłam ale okazało się , że to spory kawałek drogi, która do tego w więszości bez asfaltu z wyżartymi przez ulewne deszcze połaciami ziemi. Motocyklista nie był w stanie za każdym razem ominąć dziur więc bacznie obserwowałam drogę i próbowałam balansować własnym ciałem, jak jazda konno w jednej ręce trzymając Elfika a drugą kierowcę. Rentgen w szpitalu nie działał, lekarz wyglądał jakby prowadził bar dla harleyowców i nawet nie dotknął swojego pacjenta, zostaliśmy poczęstowani środkiem przeciwbólowym (którego nie podaliśmy Elfikowi gdyż nie było takiej potrzeby)i powrót na pokład. Następnego dnia kolejny port i następny ośrodek i tym razem udało się zrobić zdjcie...noga złamana, kosc udowa. Lekarz postanowił nastawić kość używając jedynie maści jako znieczulenia. Wszyscy wiedzieliśmy co to oznacza, trzymałam go na kolanach, Ralf uciekł na zewnątrz, Tomek głaskał go po główce. Nie czułam strachu a moje serducho wypełniło się spokojem  . Śpiewałam z miłością przekazując pozytywną energię naszemu synkowi, którego pełnym bólu krzyk, przeszywał powietrze. Na koniec założyli mu gips od pachwin do kolana i kolejna fotka by sprawdzić skuteczność zabiegu. Ralf upierał się by zrobili porządny gips na całą nogę lecz lekarz przekonywał nas ,iż tak będzie najwygodniej w hamaku. Wróciliśmy na pokład, dziś są Elfika urodziny i wspominamy dzień kiedy zjawił się na tej planeci , jaka historia się za tym kryje a teraz mija jego pierwszy roczek i przygody ciąg dalszy. Tata kupił kilka czekoladek , umieścił w łupince kokosa a pośrodku włożył świeczkę  i zaśpiewaliśmy sto lat naszemu dzielnemu bobasowi!!! Rankiem obudziliśmy się a gips spoczywał kilka centymetrów niżej, tak iż zaczynał się w miejscu złamania, tak wiec działał na niekorzyść , próby podsunięcia bez pozytywnych efektów.  Chłopaki ruszyli w poszukiwaniu innego środka transportu gdyż według naszego grafiku Statek miał pozostać w  porcie na rozładunek do następnego dnia. Ralf w ostatniej chwili dorwał motorówke "speed boat" więc spakowaliśmy się w locie z pomocą ludzi dookoła. Na początku nie byłam pewna czy to dobry pomysł ..jeśli pamiętacie "Gwiezdne wojny" i Lukę manewrującego w kosmosie to tak  samo my mknęliśmy muskając tylko tafle wody pomiedzy dryfującymi kłodami drzew. Cztery godziny z przerwą po dwóch na tankowanie i przekąskę w dryfującej na rzece drewnianej chacie. Zdecydowanie wol leżakowanie w hamaku jednak w tej sytuacji zbawienne było , że dotarliśmy na miejsce a do tego w jednym kawałku. Wszyscy dookoła doradzali nam usługi medyczne w Kolumbi więc udaliśmy się do Leticji. Szpital...pierwszy pokuj tłumaczenie, ważenie/drugi znów opis zdarzenia tylko po angielsku i pierwsze próby znalezienia żyły/trzeci pokój izba przyjęć , zerdzewiałe łóżeczka dziecięce co chwila nas ktoś odwiedza z tymi samymi pytaniami na ustach/czwarty pokój sala zabiegowa i ciąg dalszy kłucia zakończony fiaskiem a podany panadol zwrócony natychmiast. Czekaliśmy jakąś godzinę na lekarza, kolejne zdjęcie i konsultacja, zapomniała bym Tomek w między czasie sam zdją ten okropny gips. A więc stwierdzili iż wrzucą go do połowy w "foremkę " z dziurkami tam gdzie trzeba, a wszystko to musi się odby pod narkozą i według procedury szpitala muszę w tym wypadku zostac na noc w szpitalu,  gdyż jakieś osiem godzin przed zabiegiem nie można podawać nic do jedzenia i picia. Cały czas pobytu w tym miejscu towarzyszyła nam młoda statystka chirurgii bardziej jako nasz tłumacz. Dostaliśmy własny pokój z jednym dużym łóżkiem i łazienką, wieczorem Tomek przyniósł nam pyszne kanapeczki i słodkie bułeczki wówczas zdałam sobie sprawę jak bardzo jestem głodna, minęło wiele godzi. Dzień wydawał się niesamowicie długi a noc zapowiadała się podobnie, gdyż od 12 w nocy pierwszy raz nie mogłam podać naszemu brzdącowi piersi. Przytrzymałam go najdłużej jak mogłam by nakarmić solidnie przed północą kilka godzin snu ,  od drugiej spacerowaliśmy po terenie szpitala (kolejna gorąca noc)rozmawiając z kotami ,wyśpiewałam wszystkie znane mi pieśni( włącznie z ulubioną Monisi" ojej babo...."z reklamy oleju Kujawskiego) w ciągu prawie trzech godzin ukoić  Misia na  półtorej godzinną drzemkę. Na szczęście rankiem pielęgniarki i kucharki przemykające się tu i tam dostarczały nowych inspiracji. Zabieg zaplanowany był na 8 , Tomek dołączył do nas godzinę wcześniej wówczas my byliśmy już po prysznicu i kolejnym ważeniu z założonym wenflonem (nocna dyżurna bardzo profesjonalnie ,spokojnie dokonała tego dzieła bez wielkich dramatów, w duchu całą noc prosiłam o to by już nie cierpiał ).
Nikt nam nie powiedział wprost, sami się zorientowaliśmy , że coś jest nie tak gdy nikt nie pojawiał się z informacją o zabiegu,  czekali na pieniądze. Byliśmy wykończeni, cała trójka. Ludziom dookoła wydawało się ,że misio szlocha z bólu a on po prostu błagał o jedzenie, jak trudne to zadanie dla matki gdy mleko sączy się z nabrzmiałych piersi sprawiając podwójny ból psychiczny i fizyczny. Wszystko było mi jedno ,Tomek trzymał Elfika a ja biegałam wygłupiając się jak wariatka byle tylko odwrócić uwagę Ptysia. W końcu podłączyli kroplówkę i zaprowadzili nas na salę hirurgiczną tutaj wyglądało to całkiem przyzwoicie w porównaniu do reszty pomieszczeń , które miałam okazję widzieć, tam tata dokonał opłaty 1.200.000 Pesos i odebrali mi moje dziecko wskazując siedzenia na zewnątrz . Płakał jeszcze przez chwilę i cisza, owe 20 minut było wiecznością podczas której rodziły się przemyślenia pełne pytań  a gdy na nowo usłyszeliśmy jego krzyki rzuciliśmy się do środka. Zastaliśmy naszego maluszka w gipsie niczym smerfowe śpiochy ze specjalnym uchwytem pomiędzy nóżkami, nie wiedziałam jak mam się do niego dobrać. Zawinęliśmy go i chcieliśmy wiać ale zjawił się Ralf ,wróciliśmy na salę by dokończyć kroplówkę i wydusiliśmy od lekarz skierowanie na kolejne zdjęcie by upewnić się ,że kość jest dobrze ustawiona.
Udaliśmy się do hostelu gdzie pierwszy raz od bardzo dawna zjedliśmy pieczonego kurczaka na obiad. Młody leżał na stole obok niczym przystawka i pałaszował ziemniaczka,mięsko dostał na spróbowanie ale zwrócił (z jedzeniem po anestezji ponoć to normalne )Następnego dnia przenieśliśmy się do oddalonego  jedenaście kilometrów od miasta ośrodka  z domkami"Om shanti"z własną łazienką i kuchnią  .Zaprzyjażniliśmy się z Luizą ,przyjaciółką właściciela trzymającą pieczę nad miejscem podczas jego nieobecności i grono znajomych zaczęło się szybko powiększać. Po dwóch tygodniach wynajęliśmy domek nieopodal  niewiele droższy a trzy razy większy  otwarty na promienie słoneczne z piękną otwartą łazienką i takim luksusem jak lodówka,pralka i piekarnik. Więc znów pieczemy chleby i gotujemy pyszne obiadki Lefteris wraca do zdrowia .Jego system immunologiczny się lekko zachwiał miał problemy ze skórą a wilgoć w poprzednim domku nie ułatwiała zadania , lekarz z dyplomem niekonwencjonalnych metod leczenia uczepiła się antybiotyków ,które nie przynosiły poprawy więc mamy własną kurację "słońce ,nagietek i radość". Mój kochany Tomek  wspierał nas dzielnie a był to ciężki okres dla nas  wszystkich ,pojawiay się wątpliwości we mnie i to odbijało się na nim ale chmury przeszły jak tylko wprowadziliśmy się do tej pięknej , suchej hacjendy w której panuje bardzo dobra energia .
Teraz smakujemy prawdziwej Amazonii i jest cudownie , uwielbiam  podróże do miasta "ogórkiem"lub innym małym vanem (który w Europie byłby eksponatem muzealnym),pełnym  miejscowych Indian jak jedna rodzina. Jednak nie widzę siebie tutaj na dłużej,jestem w stanie przyzwyczaić się to tych  wszystkich stworzonek ale nie do tego dzięki czemu to miejsce ma tak bujną roślinność i tak zaskakującą rożnorodność gatunków wszechobecność Wilgoć. To u Indiosa odkryliśmy iż wystarczy wetknąć liść w ziemię by wyrosła roślina(oczywiście najlepiej z gatunków występujących naturalnie w przyrodzie)takie to  proste .
Teraz rozkoszujemy się spokojem, bawimy się z Elfikiem, który rośnie w oczach, nauczył się nawet przemieszczać  więc musimy na niego uważać. Korzystając z okazji leczymy nasze zęby  i kilka dni temu Ralf miał hirurgicznie usuwany "ząb mądrości" .Wygląda trochę jak chomik a poważnie to  pałaszuje leki przeciwbólowe  bo ząb był jeszcze pod dziąsłem i musieli mu go wydłubać. Tak więc gotuję kaszki  dla dwójki moich chłopaków.
Wygląda na to że każde z nas zmierzyło się z fizyczną sferą naszych ciał a teraz z niecierpliwością czekamy na "uwolnienie"ze skorupki naszej Wolności by ruszyć w dalszą drogę .Kocham was moi drodzy i dziękuję za każdą dobrą myśl o nas .Buziaczki...Marietta




Wednesday
We left hostel Manaus with a crazy agent which came to pick us up with his vw bus, the icon of the hippie van and brought to the harbour, where the ship called Voyager  was being filled with goods and products to be sold along the communities in the Amazon river. I was carrying a lot of luggage, we had taken food for 7 days, Ralph went to the ship earlier that morning to hang the hammocks to get better sleeping places. We board the ship, and were happy it was not overcrowded. It was a medium size boat, probably another  80 passagers, first deck was filled with sugar, beer, egs, coffee, tabaco, coca cola, and much more. Second deck pasangers hanging in their hammocks and third one bar with a nice open space.  In the evening after a heavy rain we went upstairs to find the place where Elfinio could be set free, because the floor on our deck was not clean, unfortunatly the top deck was also covered with some oily stuf and the floor got very slippery, when Marietta with Elfi made her third step down, she sliped and went down on her back to the bottom of the stairs. She seemed Ok but the young one went on crying hard. We noticed that his right leg got swollen.  We put some ice and cabbage leafs, and went to bed, It was difficult night for all of us, he was waking up very often.
Thursday
In the morning we asked for a medical assistant, there was a lady which called herself a nurse, she could not really check what was wrong and suggested a hospital.
"When we are going to reach the next town with a Hospital?", I asked.
"On Saturday", she replied.
She gave us some painkillers , we saw him moving the feet, we examined the joints, they were fine and he was not sufering. He was just complaining when moved so we kept him lying in the hammock on our knees for the next three days. The boat was making stops and trading goods, Elfinio was sleeping good at night, the days were beautiful along the river, this part of the river is quieter and there are no more big cities, the river can be 100m to a few kilometers wide, we had very often the company of sweetwater grey dolphins, magical animals.
Saturday
We finally arived to a bigger town, we were afraid of leaving the luggage so due to Ralph's good portugese he went with Marietta, elfi and the nurse to the hospital, the only way was moto taxi, very popular transport in the jungletowns with many holes in all the roads. I was sitting and waiting , they came back quick, the doctor said it might be broken but the x ray machine didn't  work so he could not check it.  Next hospital tomorrow.
Sunday
Thanks god the medical center was walking distance from the place the boat docks (I would not call it a harbour) The doctor makes a photo, and says: "broken bone in the middle" SHOCK, he says we will set it correctly and put the lime (gips), Anestetics in cream, lots of crying, singing songs and relief, we know what it is, leg secured. We came back to the boat, Elfinio was already very popular between the other passengers, in the evening I bought some sweets we lid a candle and sang his first happy birthday song. What a day. He slept well in his hammock and we did not have to use any pain killers. 
Monday
We woke up early, they rang a bell for breakfast at 6 am, like everyday, in the tropics it gets dark 6 pm  and bright before 6 am.  Breakfast is very sweet coffe with milk, some white bread and butter. We had our musli set and many tropical fruits. Unfortunately we noticed that the cast they placed for Elfinio had been sliding down, they had done a very bad job, and in this way it can cause more damage then good. We knew that the boat is going to stop for a whole day of unloading and trading goods. Something broke in me and i could not wait another day while knowing that the destination with a proper Hospital is not so far away. We went to the town to find another transport. luckely Ralphi found a speed boat to Tabatinga leaving now. With some help we had very quick packing, jumped to strange looking speedy-passenger-boat and set off for a 4 hour slalom between the wood logs floating in the river. I have to say that  I was a little suprised for the speed with which it was flying above the water, and if it was a good idea. We had a nice  petrol stop in a little shop, wooden house floating on huge trees. The level of the river can change 9 meters in the raining season, The water was rising which is why the river was filled with fallen trees and branches swept by the current. Tabatinga is the last brazilian town, border with Colombia and Peru. We were advised to go to Leticia (Col) due to the best medical care availiable. We took a cab, there is no pasport controll between the cities, we were suprised that a man receiving us spoke English, Ralph felt reliefed that he do not have to take part in all this drama any longer. They had difficulties finding a vein to put the needle, paint coming down the walls, rusting beds, far from EU conditions. Anyway, we finally met doctor ortopedist (broken bones specialist). He said that tomorow morning we have to put him asleep and place the cast, so that means he has to stay for the night in hospital, no eating and drinking for the whole night. That was a challenge. We got a room in the closest Hostel only 5 min walk from the Hospital, Marietta stayed with him, they even got a seperate room with a bathroom. In the morning the pressure was rising, at 9 the nurse came and said that the doctor is not going to make it if we are not going to pay before the operation, and they are telling me that now. I ran out to find the bank and came back, paid 1.200.000 Pesos, and they took him from us and asked to wait outside the operation theather. First time we had to let him go with some strange people, long 20 min. Suddenly we heared him cry so we ran and found him in his new cast.   Finally finished, we had to wait some more time, Ralph after a little fight managed to ask for one more x ray, to be sure if it was done well, and we left.
Hostel Manaus
We stayed for two weeks in a hut in Omshanti hostel 11 km from the town. For this last week we rented a beautifull house with garden and many fruit trees. We also found a good cheap dentist so in the spirit of healing we all went. We now have enough time to write to you, we are baking bread, cooking deliciously and taking care of Ralph the last few days. He had his wisdom tooth removed, it was lying somewhere in the back, vertically and still under the gum and so they had to cut it in pieces and dig it out. He is mainly in his hammock reading or watching movies, taking pain killers. He is getting better, we are having a very positive vibe, making friends and 

enjoing colombian culture, digesting the lessons, being gratefull for strenght. I had doubts but I trust. We miss you family and please send us some positive energy, we love you so much. T













































3 comments:

  1. Kochani, to tylko nowe lekcje, ciekawe, że los nam je funduje. Chciałabym już Was zobaczyć, mam nadzieję, że wkrótce osiedlicie się gdzieś na dłużej, żebym mogła Was odwiedzić. Jednak mimo,że jesteście daleko, wiem, że jesteście obok. Ucalujcie ode mnie połamańca i siebie też koniecznie. Kocham Was!
    Monika:)

    ReplyDelete
  2. Wreszcie wyczerpująca historia! Widać, że macie więcej czasu dla siebie. Marietta masz lekkie pióro! aż miło poczytać.
    Jestem z wami cały czas! Jest super;)) love

    tomek czbk

    ReplyDelete
  3. Powodzenia i wszystkiego dobrego!

    ReplyDelete